Czcionka:
Kontrast:
Żyję, aby pomagać
data dodania: 27.12.2023
Żyję, aby pomagać

- Cały czas podnoszę sobie poprzeczkę. Cały czas coś mnie goni, żeby robić coś nowego - mówi Piotr Baczewski, prezes Stowarzyszenia Jesteśmy Razem z Górowa Iławeckiego. Pan Piotr opowiedział nam, jak działa i jakie ma plany na przyszłość.



- Stowarzyszenie „Jesteśmy Razem” w tym roku świętuje jubileusz 20-lecia. Jakie były jego początki?
- Początki, jak to zazwyczaj bywa, do łatwych nie należały. Były wręcz bardzo trudne. Te pierwsze miesiące, pierwsze lata naszej działalności to było istne przedzieranie się przez gąszcz różnych urzędów. Poznawaliśmy ludzi, sami musieliśmy dać się też poznać. Zaczynaliśmy od małych grantów. To była mozolna, ciężka praca, zaczynaliśmy przecież od zera. Nie mieliśmy nic. Muszę przyznać, że to było trochę jak w ziemi obiecanej – ja nie mam nic, ty nie masz nic, więc razem zbudujemy fabrykę. I zbudowaliśmy swoistą fabrykę pomocy ludziom. Na terenie Górowa Iławeckiego nie było takiej instytucjonalnej pomocy osobom potrzebującym. Pochodzę z Lidzbarka Warmińskiego. Poszedłem na studia prawnicze do Gdańska i nie wróciłem już do mojej rodzinnej miejscowości. Rozpocząłem działalność, wspólnie z moją mamą, właśnie w Górowie Iławeckim. Nie chciałem zostać w Trójmieście, gdzie studiowałem, bo jestem fanem małej ojczyzny. Nie lubię tłumów, dużych miast, nigdy nie chciałem mieszkać w metropolii. Uważam, że jakby wszyscy młodzi wyjechali, to kto by tutaj cokolwiek tworzył, nawet te instytucje pomocowe dla osób starszych czy niepełnosprawnych. Jestem tego przykładem - prawnik, który mógł robić aplikację, niespodziewanie trafił do pomocy społecznej.
A tu skierowała mnie z kolei moja pierwsza szefowa, pani wojewoda Anna Szyszka z Elbląga, której byłem asystentem i ona mi w pewnym momencie powiedziała: „Piotrze, ty pójdziesz do pomocy społecznej”. Wtedy nawet nie widziałem, co to jest za branża, bo nikt z mojej bliższej rodziny czy znajomych na szczęście nie musiał korzystać z pomocy. Ten kierunek okazał się jednak strzałem w dziesiątkę, bo pomimo trudności, które były i które przez pierwsze lata przechodziłem, to nigdy bym z tej drogi nie zszedł i gdybym ponownie miał dokonywać wyboru, to na pewno nie poszedłbym w kierunku kariery prawniczej czy urzędniczej.
Widząc efekty swojej pracy i instytucje, które udało nam się stworzyć od podstaw, oparte właściwie na naszej pasji i marzeniach wiem, że naprawdę można wszystko, jeśli się tylko chce. Jestem na to żywym przykładem - nie mieliśmy żadnych funduszy na start, ale pojawiło się wiele osób dobrej woli i tak działamy do dziś. Droga, którą przeszliśmy, jest dla wielu imponująca. Zaczynaliśmy od zera, a dziś prowadzimy ośrodki stawiane za wzór nie tylko w naszym regionie, ale i w kraju. O naszym sukcesie dobitnie świadczy również liczba gości nas odwiedzających czy kolejne uznane instytucje i organizacje, które chcą z nami współpracować i to w obszarach często odległych od pomocy społecznej.

- Jak stowarzyszenie zmieniało się na przestrzeni tych lat?
- Jedno pozostaje niezmienne - musi być lider, który wszystko nakręca, wyznacza kierunki działania, ale kolejną, niemniej istotną sprawą są najbliżsi współpracownicy, z którymi można realizować najśmielsze plany. Miałem to szczęście,  że niemal od samego początku pracuję z moją wówczas narzeczoną, a obecnie żoną Anią, która odgrywa niebagatelną rolę w naszej organizacji.
Od zawsze jak coś robiliśmy to całym sobą, z pasją i pełnym zaangażowaniem. I tak jest zresztą do dziś. Nasza praca nigdy nie kończyła się o 15:00. Ania zawsze była od zagadnień organizacyjnych, kadrowych, układała codzienny rytm pracy. Dzięki temu ja nie utknąłem w „papierach”, a mamy już blisko czterdziestu pracowników, więc jest co robić.
Ja zawsze byłem od tych spraw zewnętrznych, pozyskiwania środków, budowania relacji z różnymi osobami i instytucjami. Od początku tworzyliśmy fajny duet, który przynosi fantastyczne efekty. Naszym najnowszym dziełem jest Dom Pomocy Społecznej w Worynach - to perełka architektury, zabytkowy budynek z końca XVIII wieku, który był totalną ruiną i podjęcie jego remontu było obarczone ogromnym ryzykiem. Postawiliśmy wówczas wszystko na jedną kartę i udało się! Mamy wspaniałe miejsce, bajkowe wręcz otoczenie i przede wszystkim - wyśmienitą kadrę, m.in. osiem opiekunek, z których każda doskonale czuje misję pomocy.

- Ważnym wydarzeniem było także powstanie Centrum Barka. Proszę o tym opowiedzieć.
-  W Górowie Iławeckim stał pozostawiony, opustoszały, częściowo spalony budynek byłego internatu. Tego budynku zapewne dawno by już nie było, bo nikt nie miał pomysłu jak go zagospodarować. Kupiliśmy go z bonifikatą od Starostwa Powiatowego w 2005 roku. Ani ja, ani mama, czyli założyciele Stowarzyszenia, nie byliśmy z branży pomocy społecznej, więc zaczynaliśmy poznawać dopiero to środowisko. Wiedzieliśmy natomiast, że osób niepełnosprawnych jest dużo na tym terenie, w tym również osób z zaburzeniami psychicznymi, a instytucjonalnej opieki tutaj nie było. Namierzyliśmy więc ten budynek i rozpoczęły się poszukiwania środków finansowania tego przedsięwzięcia. Wtedy jeszcze byłem studentem prawa i jeździliśmy z mamą m.in. do Warszawy moim Golfem II w poszukiwaniu funduszy. Nikogo nie znaliśmy, nikt nas nie wprowadzał, ale determinacja mojej mamy była tak ogromna, że sprawiała, iż udawało się przekonać odpowiednie osoby do pomocy potrzebującym. Wszystko można, tylko trzeba chcieć. Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia i jeśli czegoś bardzo się pragnie, to musi się udać. Siła woli, wiary i wytrwałość jest przeogromna.

- Jest pan pomysłodawcą utworzenia Domu Pomocy Społecznej w Worynach. Dlaczego powstanie DPS-u było konieczne?
- To był dla nas kolejny etap rozwoju. Od momentu pozyskania tego budynku do powstania DPS-u minęła dekada. Mieliśmy wiele nieudanych prób pozyskania środków, a zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że tylko pozyskanie finansowania na całość jest dla nas satysfakcjonujące. Ta całodobowa forma opieki jest dla nas nowym wyzwaniem. To pełna odpowiedzialność za człowieka. Teraz, kiedy przyjmujemy rodziny naszych obecnych i przyszłych mieszkańców, a także coraz większe grono osób z całego kraju oraz zza granicy, zainteresowanych naszą działalnością, organizacją pracy i wypracowanym przez lata systemem pomocy, widzimy często zachwyt w ich oczach - czujemy się spełnieni i szczęśliwi. Całości dopełnia niesamowita historia oraz przyroda tego urokliwego miejsca, jakim są Woryny. Każdy, kto tu przyjeżdża, czuje energię tego miejsca, dlatego wiem, że jeszcze coś w przyszłości powinniśmy tu utworzyć.

- Szereg kolejnych działań przy Pana udziale - Radio Górowo, Telewizja Górowo, Uniwersytet Trzeciego Wieku - skąd czerpie Pan pomysły i przede wszystkim energię na tak wiele inicjatyw?
- Cały czas podnoszę sobie poprzeczkę. Cały czas coś mnie goni, żeby tworzyć coś nowego, a póki człowiek ma chęci, siły i możliwości, to nie powinien rezygnować z podejmowania kolejnych wyzwań. Oczywiście, jeśli jest grono współpracowników, tak jak np. moja małżonka, którzy te pomysły potrafią odpowiednio ubrać i zinstytucjonalizować. Ona robi to tak, że jak przyjeżdża jakakolwiek kontrola, to zazwyczaj nie mają żadnych zastrzeżeń. To jest coś, co niezwykle cieszy. Staramy się dążyć do perfekcji. Mamy ogromną satysfakcję, widząc, gdy ludzie w potrzebie mają poczucie bezpieczeństwa i są szczęśliwsi. I to bardzo motywuje do dalszego działania.

- Czy starcza Panu czasu na życie prywatne? Jest w tym wszystkim miejsce na hobby, chwilę relaksu, odstresowania się? Czy od pracy społecznej można się odciąć, choć na chwilę?
- Organizacja ma przez lata wypracowany rytm pracy i doświadczoną kadrę, więc jest trochę inaczej niż w pierwszym okresie działalności, ale i tak nie jest to praca do 15:00 i nie da się od tego wszystkiego odciąć. Żyjemy tym cały czas, ale czas na rodzinę i hobby też jest. Mam dwóch wspaniałych synów, lubię postrzelać, żeglować, jeździć rowerem. Jednak z czasem coraz bardziej ciągnie mnie na wieś, fascynuje mnie bliski kontakt z naturą, uwielbiam ją obserwować. To uczy i pozwala odciąć się od jakichkolwiek codziennych trosk i daje dużo dobrej energii. Cały czas mam ogromną chęć poznawania nowych ludzi, bo to niesamowicie ubogaca, dodaje skrzydeł. Boję się, że życia mi nie wystarczy na poznawanie fajnych ludzi, a jest ich sporo, czasem wystarczy się dobrze rozejrzeć.

- Który z osiągniętych sukcesów jest dla Pana najważniejszy?
- Synowie. Moja rodzina.

 

Karolina Król

fot. archiwum prywatne